Home
English | Polski
Zaloguj

USA - identyczne z naturalnym

Wyjazd numer 2

Londyn 02.02.2008 10:36

Siedzę w samolocie do Waszyngtonu. Dwie godziny na przesiadkę na Hethrow upłynęły bardzo szybko. Właściwie był tylko czas na przejazd pomiędzy terminalami i szybką bułkę. Trafiło mi się siedzenie na samym końcu samolotu. To oznacza dłuższe oczekiwanie na jedzonko, ale krótszą drogę do kibelka. Na razie siedzenie obok jest wolne, więc jest spora szansa, że będe miał więcej miejsca dla siebie. Mogę też odchylić oparcie i nie martwić się o uczucia koszykarza siedzącego za mną.

Gdzieś nad Atlantykiem 02.02.2008 16:19 EET (około 11:19 czasu lokalnego)

Niebo jest cały czas zachmurzone, a miałem nadzieję zobaczyć Atlantyk z góry. Może uda się w drodze powrotnej. Oglądnąłem jeden film i nie bardzo chce mi się spać. Chyba skuszę się na drugi seans.

Lotnisko Waszyngton Dulles 02.02.2008 15:55

Udało się wylądować i przebrnąć przez kontrolę graniczną. Czekam na autobus do hotelu. Wszystkie wyglądają podobnie i wygląda na to, że nazwy większości lokalnych hoteli zaczynają się na H. Pogoda dopisuje. Jest słonecznie u bezchmurnie. Temperatura nieco niższa niż w tropikach, ale jest cieplej niż w Helsinkach. Pierwsze spotkanie z amerykańską rzeczywistością nie przebiegło pomyślnie. Najpierw był niemiły sprzedawca, który chciał 90$ za karte sim. Później trafiłem na kioskarza, który sprzedał mi kartę nie działającą z lotniskowym telefonem. Na koniec pojawił się hotelowy kierowca, który tylko próbował być miły. Wychodzi na to, że Australia wygrywa 1:0 w rozgrywce o port docelowy na emeryturę.

Waszyngton i okolice 03.02.2008

Omówiłem się z chłopakami na 9, ale nie mogłem spać i poszedłem na śniadanie o 8. Na szczęście bylo mleko, które smakowało prawie jak mleko, do tego płatki i pierwsze danie było załatwione. Później poszło już gorzej. Herbata była bezkofeinowa (ble!). Zrobiłem sobie 2 tosty i zjadłem z jajecznica, która była zimna i syntetyczna (jajka tak nie smakują). Na koniec sprawiłem sobie placka ziemniaczanego. Smakował niezłe. Jutro do obadania został naleśnik :)

Nie doczekałem się na chłopaków i poszedłem do pokoju. 5 minut później zapukali do mnie i omówiliśmy się, ze zejdę do nich na śniadanie. Później spotkaliśmy się w recepcji. Miły kierowca hotelowy podwiózł nas do wypożyczalni. W wypożyczalni koleś trochę pomarudził nad moim prawem jazdy, ale w końcu przełknął i dal nam autko. Straszny cwaniak, ale nie robił większych kłopotów. Okazało się, ze w tej cenie z Helsinek mam wszystkie ubezpieczenia, które kosztowałyby 70$.

Jak już mieliśmy autko, to pojechaliśmy do Waszyngtonu. To jest 30 mil autostradą. Autostrada jest płatna. Za całą drogę zapłaciliśmy 1,25$ :) Z autostrady wjechaliśmy prosto do centrum. Znaleźliśmy miejsce do parkowania. Chwilę nam to zajęło. Poczułem się prawie, jak wtedy, kiedy mieszkaliśmy na Merimiehenkatu :) Nie ma tu zwykłych znaków zakazu parkowania, tylko tabliczki z zielonym i czerwonym napisem i strzałkami. Ciężko się połapać.

Kiedy już znaleźliśmy miejsce do parkowania, to poszliśmy zwiedzać. Przeszlismy przez park od Smithsonian Institiution do Kapitolu. Trawnik, jak na Polach Marsowych w Paryżu. Na Kapitolu wszystko było zagrodzone, żeby nie wchodzić i w dodatku jest remont :) Z Kapitolu poszliśmy do Sądu Najwyższego i później do stacji kolei. Wszystkie budunki dookoła są przeogromne i strasznie monumentalne. Nie bardzo mi się to podobało.

W stacji kolejki jest galeria handlowa. Całkiem sympatyczna i tak przyjaźnie urządzona. Żeby wejść na peron, trzeba mieć bilet i są takie bramki jak na lotnisku ;) Znaleźliśmy tez darmowa mapę centrum Waszyngtonu. Dzięki mapie zlokalizowaliśmy centrum miasta, które znajduje się w Chinatown. Poszliśmy tam i faktycznie było dość tłoczno. Niedaleko chyba jest hala, gdzie grają Washington Wizards. Chyba był mecz, bo sporo ludzi kręciło się w koszulkach. Dodatkowo dzis jest Super Bowl i w każdej knajpie z tej okazji jest albo impreza, albo happy hours przez cały dzień.

Byliśmy już głodni, wiec weszliśmy do hiszpańskiej knajpy na obiad. Wypiliśmy po pifku, zjedliśmy sałatkę ze szpinaku i kawałek łososia i poszliśmy dalej. 2 przecznice dalej był Biały Dom. W takiej chacie to chciałbym mieszkać! Całkiem gustowna, nieduża w porównaniu z okolicznymi budynkami i ze ślicznym ogrodem. W ogrodzie była kolonia wiewiórek :) Pasły się po kilka przy każdym drzewie. Spotkaliśmy tez 2 policjantów na koniach. Całkiem fajna okolica.

Z Białego Domu poszliśmy do Washington Monument. To ta kolumna, która jest chyba na wszystkich zdjęciach z Waszyngtonu. Można wyjść na górę, ale trzeba mieć darmowy bilet. Bilety niestety sie skończyły, wiec nie wyszliśmy. Może w tygodniu się uda. Wieczorem powinien być tam jeszcze fajniejszy widok.

Z kolumny poszliśmy wzdłuż sadzawki do mauzoleum Lincolna (chyba tak się tłumaczy Lincoln memorial). W środku jest przeogromniasty pomnik Lincolna. Po drodze minęliśmy jeszcze pomnik pamięci II wojny i wojny w Korei. Przy mauzoleum stało 2 kolesi, ktrórzy rozdawali "darmowe przytulaki". Fajna akcja :)

Po tym spacerze byliśmy już mocno zmęczeni, wiec wróciliśmy do autka. Autkiem szybciutko udało się trafić na autostradę i autostradą do Herndon. Tutaj pojechaliśmy do sklepu po przejściówki do prądu dla chłopaków. Ja poszedłem do sklepu T-Mobile, żeby mi naprawili tego sima, co nie działał. No i naprawili, ale trwało to niesamowicie długo. W porównaniu do Londynu, gdzie się wchodzi i zabiera starter, to są 100 lat za murzynami :)

Herndon i okolice 06.02.2008 - popołudnie

Właśnie wróciliśmy z zakupów. Trzeba było jechać 20 minut autem, żeby dojechac do sklepu. Nie udało mi się kupić tacie wędki, o która prosił. Wysokie ma wymagania. Sprawdziłem, ile kosztuje w innym sklepie i okazało się, ze prawie 130$. Teraz już nie uda się zamówić i wysłać. Może następnym razem.

Mam katar gigant i gorączkę. Łykam lokalne prochy. Doprawiam się witaminami, a na koniec dopycham oscilokocilem. I tak wszystko na nic, bo później siedzę przez cały dzień w klimie w labie i się chłodzę. Może do jutra przejdzie i będzie w miarę znośnie. Latanie z takim katarem będzie bardzo uciążliwe. W ta stronę powinienem przekimać, więc może nie będzie tak źle.

Do tej pory przejeździliśmy 1/3 baku. Całkiem słusznie pali ten samochód. Przejechaliśmy niewiele ponad 100 mil :) Nie wiem, ile mieści się w baku, ale jeżeli w naszym Peugeocie mieści się 50l to w tym na pewno nie mniej. Chłopcy pocieszają, ze przecież w galonach spalił mniej :) Nawet jeżeli to będzie ze 20 galonów, to zapłacę za benzynę niecałe 60$. Ale wydaje mi się, że będzie sporo mniej - może z 10 galonów. W piątek jest jakaś wyprzedaż ciuchów w jednym z lokalnych sklepów. Lokalny to szumnie powiedziane. Trzeba jechać z pół godziny w jedna stronę. Planujemy się wybrać. Może tam uda mi się kupić portki.

Herndon 08.02.2008 - popołudnie

Dziś w hotelu nie ma obiadu. Z tej okazji na obiad poszliśmy do Five Guys, żeby zakosztować w lokalnym burgerze. Był syfaczny, ale doświadczenie jest niesamowite. Porcje są na prawdę ogromniaste. Nie bylem w stanie zjeść połowy normalnego rozmiaru frytek :) Do tego oczywiście dietetyczna cola. Wcześniej w pracy był dzień pizzy i wsunąłem 2 kawałki. Dzień spaślaka normalnie.

Żeby spalić trochę kalorii wybraliśmy się do Reston Town Center. To są 2 ulice na krzyż, gdzie jest mnóstwo knajp i rożnych sklepików. W większości były ciuchy, wiec nie wchodziliśmy. Byliśmy w AT&T obmacać iPhona. Na prawdę fajna zabawka, tylko trochę droga

Herndon & Reston 09.02.2008

Dziś pracowity poranek. Trzeba było oddać autko i wymeldować się z hotelu. Później już tylko leniuchowanie do wieczora. Po drodze było jeszcze kino i jakiś lunch. W sumie nic ciekawego. Rozczarowałem się sklepami wolnocłowymi na lotnisku. Trzeba było przejść przez pół terminala, żeby znaleźć jakiś kiosk z perfumami. Nie dość, że słabo zaopatrzony, to jeszcze z niewiadomych przyczyn nie mogłem zabrać zakupów ze sobą. Miła pani przy kasie oświadczyła, że dostarczy stuff do bramki. Przy bramce okazało się, że zakupy wolnocłowe będzie można odebrać już w rękawie prowadzącym do samolotu. Bezpieczeństwo ponad wszystko. Przecież ktoś mógłby, o zgrozo, przekazać szminkę z bezcłowego komuś, kto zostaje w stanach. Amerykański budżet i podatnicy nie udźwignęli by takiego ciężaru :P

Waszyngton & Potomac Great Falls 24.02.2008

Druga wycieczka do Waszyngtony miała krótki plan: Pentagon i Washington monument. Z Pentagonem poszło dość szybko, bo nie da się do niego podejść na bliższą odległość. Pozostało nam robienie zdjęć szpiegowskich z przeciwległego brzegu autostrady.

Bilety do Washington monument mieliśmy zarezerwowane na 13.30. Więc po krótszej, niż planowana, wizycie w Pentagonie, przeszliśmy do Jefferson memorial. To niewielki, jak na lokalne warunki, budynek. Stoi nad malowniczą zatoczką i nie przytłacza swoim wyglądem (jak na przykład Lincoln memorial).

Czas poganiał, więc skierowaliśmy kroki w kierunku przerośniętego szpikulca. Wizyta rozpoczęła się od kontroli bezpieczeństwa (prawie jak na lotnisku). Miły pan wolontariusz pouczał, że w środku nie wolno żuć gumy. Na szczyt wieży wyjeżdża winda. Windziarz, dla umilenia 70 sekundowej podróży, opowiada historię powstania budowli. Z góry rozciąga się przyjemny widok na Waszyngton i najbliższe okolice. Szkoda, że szyby były takie brudne i nie można było zrobić wyraźniejszych zdjęć. Po drodze na dół windziarz zatrzymuje swój pojazd i pokazuje wewnętrzne ściany, na których umieszczone są tablice ku chwale Jerzego Waszyngtona. Jest ich całkiem sporo i nie sposób oglądnąć wszystkich podczas krótkiej podróży windą.

Po udanej wizycie w Waszyngtonie w planie mieliśmy wycieczkę do przełomów Potomacu. Co prawda Amerykanie nazywają to miejsce nieco na wyrost Great Falls, ale w rzeczywistości to po prostu przełom rzeki. Z przerażeniem przeczytaliśmy w opisie parku, który został ustanowiony w najbliższym otoczeniu przełomu, że nie da się tego zjawiska oglądać z samochodu. Trzeba własnymi siłami przejść około 200 metrów. Niesamowity wysiłek został nagrodzony miłymi wrażeniami wizualnymi :) Udało mi się też zejść nad samą wodę i nazbierać drobnych muszelek, które przyjemnie szeleściły pod butami.

Po tych miłych doświadczeniach trzeba było już niestety wracać do Herndon. W tygodniu niestety nie było czasu, żeby pojechać gdzieś dalej. Chociaż w przypływach zwątpienia co chwilę pojawiał się pomysł wycieczki do Key West :D